Po lewej - bud. E, po prawej (to , co widać tylko kawałek) Cantine (stołówka, jedna z wielu), na wprost - budynki administracji.
sobota, 14 marca 2009
FEUP
Dziś na specjalną prośbę pewnej osoby pare fotek z samego wydziału inżynierii, czyli FEUP-u (Faculdade de Engenharia da Universidade do Porto). Zdjęcia robiłam ok. godz. 18, jak wracałam na mieszkanie.

Po lewej - bud. E, po prawej (to , co widać tylko kawałek) Cantine (stołówka, jedna z wielu), na wprost - budynki administracji.
Tu jest plan FEUP, który otrzymałam i na którym zaznaczone są budynki. Ja siedzę w budynku H, Ania w E.
Po lewej - mój budynek. Tutaj: http://www.fe.up.pt/si_uk/edificios_geral.piso?p_edificio=H&p_bloco=null&p_piso=1 plan jego 1 piętra. Ja siedzę w sali 106, co nazwane jest: Sala de reuniões (na planie jest źle), to znaczy nic innego jak: Meeting room.
Po lewej - bud. E, po prawej (to , co widać tylko kawałek) Cantine (stołówka, jedna z wielu), na wprost - budynki administracji.
Jak widać budynki wyglądają jak betonowe klocki z małymi okienkami, ale tutaj to jest konieczność, bo jak za niedługo słońce będzie prazylo, to nie da się wytrzymać, a tak to chociaz chłodniej jest...
piątek, 13 marca 2009
Mapki
Dziś trochę geografii. Mam nadzieję, że będzie działało.
http://maps.google.pl/maps/ms?ie=UTF8&hl=pl&msa=0&ll=41.162889,-8.610363&spn=0.070303,0.155354&t=h&z=13&msid=107718685508032141831.00046500dafa4f86453aa
Nie wiem, jak się wrzuca mapkę, ale jak klikniecie w ten link, to będą 3 niebieskie pinezki opisane :-)
Jak z tego widać mieszkam praktycznie w centrum :-)
Stacje metra oznaczone są białymi literkami M na niebieskim kwadracie :-)
http://maps.google.pl/maps/ms?ie=UTF8&hl=pl&msa=0&ll=41.162889,-8.610363&spn=0.070303,0.155354&t=h&z=13&msid=107718685508032141831.00046500dafa4f86453aa
Nie wiem, jak się wrzuca mapkę, ale jak klikniecie w ten link, to będą 3 niebieskie pinezki opisane :-)
Jak z tego widać mieszkam praktycznie w centrum :-)
Stacje metra oznaczone są białymi literkami M na niebieskim kwadracie :-)
czwartek, 12 marca 2009
Pierwsze promienie słońca
Wczoraj Ania pokazała mi handlową część Porto. Najtańsze sklapy z ciuchami tutaj to Zara, Pull and Bear i Bershka. Zakupiłam sobie 2 koszulki za 10E i Zarze, taniej to nigdzie bym nie znalazła :-) Tutaj wszyscy się ubierają markowo. Metka musi wystawać. Buty to Adidasa, rzadziej Nike. Okulary duże, robione zazwyczaj na zamówienie (ok. 250E). No cóż, nikt wzroku stracić nie chce.
Dziś zrobiłam sobie mały spacerek. Podjechałam metrem na jeden z mostów (Ponte d. Luis), żeby trochę zdjęć pocykać :-) Most najfajniejszy, bo dwupoziomowy: na górze dla ludzi i metra, na dole dla samochodów. Słońce mnie strasznie zgrzało, a byłam na dworze zaledwie ok. 2 godzin. Portugalce chodzą w kurtkach puchowych lub bluzach, bo im zimno, więc jak zwykle się wyróżniałam ;-)





Dziś zrobiłam sobie mały spacerek. Podjechałam metrem na jeden z mostów (Ponte d. Luis), żeby trochę zdjęć pocykać :-) Most najfajniejszy, bo dwupoziomowy: na górze dla ludzi i metra, na dole dla samochodów. Słońce mnie strasznie zgrzało, a byłam na dworze zaledwie ok. 2 godzin. Portugalce chodzą w kurtkach puchowych lub bluzach, bo im zimno, więc jak zwykle się wyróżniałam ;-)
Zakupiłam sobie buty-trampki wygodne i cienkie, żeby stopy nie bolały. Kosztowały tylko 12,50E, więc jestem z siebie dumna :-)
Od 12 to już wszyscy jedli, więc spokojnie przejechałam sobie prawie pustym metrem na uczelnie, gdzie w chłodzie mojej salki właśnie siedzę :-)
Więcej nie ma co pisać. Wrzucam dzisiejsze foty. Klikając na fotę mozna ja powiększyć :-)
Widok na rzekę Douro wchodząc na most od strony Porto (po 2 stronie rzeki jest już Gaia)
Na brzegach rzeki w tych malutkich domkach na skarpach są slumsy i lepiej się tam nie zapuszczać...
Metro z gracją wynurza się spod ziemi na most.
Panorama miasta Porto.
Układ linii metra (Metro do Porto - http://www.metrodoporto.pt/). Ja się poruszam na uczelnię i na mieszkanie linią zółtą.
środa, 11 marca 2009
mieszkanie
I znowu się wyludniło...
Wczoraj po powrocie na mieszkanie trochę mi się zasnęło nad historią Portugalii (ambitna byłam, ale mi przeszło...). Juliana miała mnie wziąć na spacer po mieście i pokazać największe centra handlowe. Obiecała, ale słowa nie dotrzymała. Nic nowego...
Dziś znów siedzę w mojej salce, gdzie mam spokój i mogę do woli korzystać z neta. Czekam na materiały od mojego promotora no i mma nadzieję, że skontaktują się ze mną studenci odpowiedzialni za kontakt z Erasmusami, jak nie, to sama ich nawiedzę w ich różowym budyneczku. Trzebaby na jakąś międzynarodową imprezę się wybrać ;-)
Aha, w Portugalii nie spotkasz pijanego, za to naćpanego to i owszem. I to wszędzie. Taki naród.
No i żebraków mnóstwo we wszelkim miejscach publicznych. Jak mi Ania mówiła, to przeciętny cygan zarabia (zasiłek+to co wyżebrze) 2 razy więcej od niej, a ona dostaje ponad 2 razy więcej od średniej krajowej (ok. 400E). Tak więc jak mi się kasa skończy, to pójdę na ulicę rączkę wyciągnąć ;-)
Dużo portugalczyków straciło pracę w czasach tzw. GLOBAL CRISIS. W Porto odnotowuje się coraz więcej włamań, kradzieży i pobić. Ale trzeba żyć dalej :-)
Wczoraj po powrocie na mieszkanie trochę mi się zasnęło nad historią Portugalii (ambitna byłam, ale mi przeszło...). Juliana miała mnie wziąć na spacer po mieście i pokazać największe centra handlowe. Obiecała, ale słowa nie dotrzymała. Nic nowego...
Dziś znów siedzę w mojej salce, gdzie mam spokój i mogę do woli korzystać z neta. Czekam na materiały od mojego promotora no i mma nadzieję, że skontaktują się ze mną studenci odpowiedzialni za kontakt z Erasmusami, jak nie, to sama ich nawiedzę w ich różowym budyneczku. Trzebaby na jakąś międzynarodową imprezę się wybrać ;-)
Aha, w Portugalii nie spotkasz pijanego, za to naćpanego to i owszem. I to wszędzie. Taki naród.
No i żebraków mnóstwo we wszelkim miejscach publicznych. Jak mi Ania mówiła, to przeciętny cygan zarabia (zasiłek+to co wyżebrze) 2 razy więcej od niej, a ona dostaje ponad 2 razy więcej od średniej krajowej (ok. 400E). Tak więc jak mi się kasa skończy, to pójdę na ulicę rączkę wyciągnąć ;-)
Dużo portugalczyków straciło pracę w czasach tzw. GLOBAL CRISIS. W Porto odnotowuje się coraz więcej włamań, kradzieży i pobić. Ale trzeba żyć dalej :-)
Mój pokój, zanim się jeszcze rozgościłam. Dlaczego na mieszkaniu, a nie w akademiku? Po 1. to trochę późno przyjechałam. Akademiki są zapchane. Po 2. mam więcej miejsca i nikt mi jedzenia z lodówki nie wyżera oraz nie pakuje się do łóżka. No, może poza Jurim, ale on ma specjalne przywileje :-)
Typowe nastoletnie przedstawicielki portugalskiego EMO. Zdjęcie zrobione "z ręki" podczas spaceru :-)
wtorek, 10 marca 2009
Porto
Trochę się działo, ale pisać nie było jak, bo neta nie miałam. Wczoraj mi skonfigurowali laptopa z netem, ale tylko pod Vistą, bo do XP nadal nie mam wszystkich sterowników :-(
Metro na powierzchni w funkcji tramwaju

Tak więc wczoraj dzień mi upłynął na bieganiu po mieście (mieszkanie-FEUP-rektorat-FEUP-rektorat-FEUP-mieszkanie). Kolano mi pod koniec wysiadło. Ale mam już kartę studenta erasmusa, dostanę jeszcze kartę wstępu do wszystkiego na FEUP, zrobiłam sobie też pass na metro+autobus. Ogólnie rzecz biorąc, jeśli chodzi o papierkową robotę, jestem już bardzo do przodu :-)
Teraz uczelnia jest wyludniona, bo w godz. 12-14 nie ma nikogo nigdzie, poza stołówkami. Portugalczycy to jest naród, który zaczyna pracę najwcześniej o 9, mają przerwę 12-14, a potem pracują jakoś do 18, a tutaj to różnie bywa.
Siedzę teraz w salce dla studentów czegoś w rodzaju instytutu hydrauliki, który ma swój budynek i niezłe laboratorium, w którym robią badania modelowe i takie tam :-)
Inni portugalcy poszli jeść zostawiając włączone kompy i wszystko inne. Mam klucz do tej salki i oni też mają po takowym. Biorąc pod uwagę, że nie wiedzą gdzie jest Polska, bo dla nich Europa to Hiszpania, Francja, Niemcy, a potem to już tylko Rosja, w skład której wchodzi Ukraina. A Rosjanie to złodzieje. I takie jest ich pojęcie.
Ja jestem tutaj lustrowana na każdym kroku, bo nie dość, że jestem od nich wyższa o głowę (od dziewczyn nawet o 2 głowy), jestem blada, mam blond włosy i niebieskie oczy, to jeszcze mówię w jakimś kosmicznym języku (czy to polski, czy angielski - whatever - i tak żadnego z nich nie rozumieją).
Jedzenie jest drogie, eurotalary lecą jeden za drugim... Ale za to jest 1-20 stopni i piękne słoneczko, które zachodzi dopiero po 19 :-)
Dziś się rozpisywać nie będę, jedynie zamieszczę zaległe foty w tej notce i w poprzednich.
To typowa uliczka w Porto (w dół i w górę, żeby mdliło w autobusie)
George Clooney wykorzystany jako przykrycie remontowanego budynku
Metro pod ziemią
Metro na powierzchni w funkcji tramwaju
Kafelki na elewacji - typowe dla starszego budownictwa
Ania z Jurim (Jurkiem) - psem, z którym mieszkamy :-)
niedziela, 8 marca 2009
Leiria i ocean
Wczoraj po wpisaniu notki i zjedzeniu obiadu wybralismy sie na spacer nad ocean. Tylko, ze dla nich (portugalczykow) nie oznacza to to samo, co dla nas. Spacer w ich to "wsiadamy w samochod i jedziemy sie gdzies przemiescic", a slowa ocean nie uzywaja tylko dla nich jest to po prostu morze. Na spacer w naszym rozumieniu tego slowa chodza w wieku pozniejszym, gdy im lekarz nakaze.
Dowiedzialam sie, ze Leiria byla kiedys miastem portowym, lecz morze sie cofnelo i jest pare kilometrow do niej. Tak wiec pojechalismy w piatke (ja+Anna+Lucek i parka jego znajomych) na plaze S. Pedro, po drodze mijajac miejscowosc Marinha Grande, ktora slynie z fabryki krysztalu. Lucek opowiadal, ze byl to oczywiscie najlepszy krysztal w Europie, ale jak on opowiada, to wszystko jest najlepsze i najwspanialsze, a zwlaszcza on :-) Tak wiec obecnie w Marinha Grande nie produkuje sie krysztalu, tylko rozne szklane cuda, ktore mozna kupic w co drugim sklepie. Miejscowosc ta polozona jest w 700-letnim lesie sosnowym zajmujacym obszar ponad 100 km2, ktory zostal zasadzony na plazy przez ichniejszego wladce Dom Alfonso w XIII wieku aby ochronic przed piaskiem wdzierajacym sie do glebi kraju.
Gdy tak stalismy nad brzegiem oceanu Adriano (kolega Lucka) tlumaczyl mi, ze jak tak bede plynac prost, skrece za Azorami i potem dalej prosto, to juz Ameryka jest ;-) A Azory to takie wyspy, ze jak samolot przylatuje, to wiekszosc miejscowych podwija nogawki i wskakuje do morza, zeby wyladowac i dopiero jak samolot wystartuje, to moga wrocic na wyspe, bo tak mala jest. Lacznie z jego lamanym angielskim i zywa gestykulacja wygladalo to komicznie :-)
Z Ania zeszlismy na plaze, ale portugalczycy zostali na deptaku, bo oni nie lubia piasku. W ogole to boja sie wody i maja awersje do morza. Lucek opowiadal, ze kazdy portugalczyk rodzi sie marynarzem, a jak skonczy 5 lat to konczy kapania sie w wannie i zmienia na prysznic...
Zawitalismy do malego baru nad plaza, wypilismy po miejscowym piwie zagryzajac zoladkami, bo oni tutaj ciagle jedza tak zwane przekaski do wszystkiego. Nie ma tak, ze siedzisz sobie i sie tylko piwa napijesz. Poza tym jak ida na piwo, to tylko jedno, jak wino to tez tylko jedna szklanka. Po zachodzie slonca wrocilismy do domu Ani i Lucka robiac zakupy w Inter Marche.
Dzis juz jestem po obiedzie, bo tu obiad sie je o 13. Sniadan nie jedza wcale lub niewiekie przekaski. KAnapek sie nie je, chlepa sie nie kroi, tylko odrywa kawalek i zagryza. Obiad byl u babci Lucka, ktora mieszka pietro nizej. Poznalam babcie, dziadka, mame i siostre Lucka, ktorzy mnie bardzo milo przywitali. Po obiedzie jestem lekko ociezala, bo skladal sie z przystawek (sery, oliwki i wedzone miesko cienko pokrojone), glownego dania (frytki, mieso, salatki) i salatki owocowej zalanej winem, a na koniec obowiazkowo kawa. Ja kawy nie pijam, co tutaj jest uznawane za jakis wybryk natury. Wszyscy pija wszedzie kawe. Mala filizaneczka mocnej kawy jest obowiazkowa po kazdym posilku. Stwierdzili, ze mnie naucza, ale na razie sie nie daje :-)
Dzis wracamy do Porto, jutro od rana czeka mnie wreszcie wizyta na uczelni i poznanie mojego nowego promotora.
Pozdrawiam wszystkich, ktorzy juz choc troche sie za mna stesknili :-)
Zdjecia wrzuce, jak wroce do Porto, bo tu nie mam kabla do aparatu.
Zapraszam do komentowania :-)

Z Anią na tle plaży.




Dowiedzialam sie, ze Leiria byla kiedys miastem portowym, lecz morze sie cofnelo i jest pare kilometrow do niej. Tak wiec pojechalismy w piatke (ja+Anna+Lucek i parka jego znajomych) na plaze S. Pedro, po drodze mijajac miejscowosc Marinha Grande, ktora slynie z fabryki krysztalu. Lucek opowiadal, ze byl to oczywiscie najlepszy krysztal w Europie, ale jak on opowiada, to wszystko jest najlepsze i najwspanialsze, a zwlaszcza on :-) Tak wiec obecnie w Marinha Grande nie produkuje sie krysztalu, tylko rozne szklane cuda, ktore mozna kupic w co drugim sklepie. Miejscowosc ta polozona jest w 700-letnim lesie sosnowym zajmujacym obszar ponad 100 km2, ktory zostal zasadzony na plazy przez ichniejszego wladce Dom Alfonso w XIII wieku aby ochronic przed piaskiem wdzierajacym sie do glebi kraju.
Gdy tak stalismy nad brzegiem oceanu Adriano (kolega Lucka) tlumaczyl mi, ze jak tak bede plynac prost, skrece za Azorami i potem dalej prosto, to juz Ameryka jest ;-) A Azory to takie wyspy, ze jak samolot przylatuje, to wiekszosc miejscowych podwija nogawki i wskakuje do morza, zeby wyladowac i dopiero jak samolot wystartuje, to moga wrocic na wyspe, bo tak mala jest. Lacznie z jego lamanym angielskim i zywa gestykulacja wygladalo to komicznie :-)
Z Ania zeszlismy na plaze, ale portugalczycy zostali na deptaku, bo oni nie lubia piasku. W ogole to boja sie wody i maja awersje do morza. Lucek opowiadal, ze kazdy portugalczyk rodzi sie marynarzem, a jak skonczy 5 lat to konczy kapania sie w wannie i zmienia na prysznic...
Zawitalismy do malego baru nad plaza, wypilismy po miejscowym piwie zagryzajac zoladkami, bo oni tutaj ciagle jedza tak zwane przekaski do wszystkiego. Nie ma tak, ze siedzisz sobie i sie tylko piwa napijesz. Poza tym jak ida na piwo, to tylko jedno, jak wino to tez tylko jedna szklanka. Po zachodzie slonca wrocilismy do domu Ani i Lucka robiac zakupy w Inter Marche.
Dzis juz jestem po obiedzie, bo tu obiad sie je o 13. Sniadan nie jedza wcale lub niewiekie przekaski. KAnapek sie nie je, chlepa sie nie kroi, tylko odrywa kawalek i zagryza. Obiad byl u babci Lucka, ktora mieszka pietro nizej. Poznalam babcie, dziadka, mame i siostre Lucka, ktorzy mnie bardzo milo przywitali. Po obiedzie jestem lekko ociezala, bo skladal sie z przystawek (sery, oliwki i wedzone miesko cienko pokrojone), glownego dania (frytki, mieso, salatki) i salatki owocowej zalanej winem, a na koniec obowiazkowo kawa. Ja kawy nie pijam, co tutaj jest uznawane za jakis wybryk natury. Wszyscy pija wszedzie kawe. Mala filizaneczka mocnej kawy jest obowiazkowa po kazdym posilku. Stwierdzili, ze mnie naucza, ale na razie sie nie daje :-)
Dzis wracamy do Porto, jutro od rana czeka mnie wreszcie wizyta na uczelni i poznanie mojego nowego promotora.
Pozdrawiam wszystkich, ktorzy juz choc troche sie za mna stesknili :-)
Zdjecia wrzuce, jak wroce do Porto, bo tu nie mam kabla do aparatu.
Zapraszam do komentowania :-)
Z Anią na tle plaży.
Beach.
Korzystanie portugalczykow z plazy ogranicza sie do spacerow po deptaku (na 1 planie: Adriano (mutant wsrod miejscowych ze swoja dziewczyna).
Ja na plazy (trochę wiało).
Adriano z dziewczyną.
Ania z męzem Luckiem.
Zachód słońca nad Atlantykiem.
sobota, 7 marca 2009
Od poczatku
Witam!
Nie wiem, od czego zaczac, bo juz sie troche dzialo.
No to startujemy w Polsce :-)
Moj wyjazd do Porto byl zalatwiany na wariackich papierach, ale wszystko sie udalo i w ramach programu Erasmus w czwartek wieczorem jechalam na lotnisko we Wroclawiu.
Przeboje z samolotami jak na pierwszy lot w zyciu byly dosc fascynujace, moze dlatego nie zasnelam, pomimo podrozy trwajacej ponad 14 godzin.
Pozegnawszy sie z rodzinka i po przejsciu przez odprawe zasiadlam w sali oczekiwan lotniska im. Mikolaja Kopernika. Samolot opozniony. Nie wiadomo, ile. Po 1,5 godziny wpuszczono nas do pieknej maszyny z olbrzymim napisem RYANAIR na boku. Zasiadlam blisko stewardow, coby chociaz posluchac kogos, bo samotnosc podrozy juz mi zaczela doskwierac. Dzieki temu dowiedzialam sie, dlaczego bylo takie opoznienie. Otoz w Berlinie zepsul sie silnik, a we Frankfurcie drzwi, ale nie naprawili do konca, bo stwierdzili, ze najpierw przyleca do WRO i dopiero jak wroca do FRA beda cos naprawiac. Milo sie dowiedziec, ze 1 raz zyciu leci sie samolotem, ktory jest niesprawny ;-) Cale szczescie nic sie nie stalo i po polnocy wyladowalam szczesliwie w sniezycy na lotnisku we Frankfurcie, gdzie czekalo mnie ponad 9-godzinne czekanie na nastepny lot. Samolot wyladowal na koncu plyty lotniska i trzeba bylo sie niezle przebrnac przez snieg, zeby znalezc samo lotnisko... Zeby nie bylo tak lawto, nie moglam we WRO odprawic sie od razu do Porto, wiec wedrowalam po uspionym lotnisku ze wszystkimi bagazami... Kolejny lot mial wystartowac o 9:40. Odprawiona, przetrzepana i obmacana czekam... Znow opoznienie. Tym razem nie wiadomo, czemu. Po 10 zaczeli nas wpuszczac do maszyny. Samolot praktycznie calkiem zabity ludzmi. Jedyne wolne miejsce bylo kolo mnie (czy ja tak groznie wygladam? Co najwyzej niewyspanie...). Zanim pasazerowie sie usadzili na miejscach i upchali swoje "podreczne" bagaze to ja juz zdazylam sie zdrzemnac, a sluzby lotniska 3 razy odlodzic skrzydla (sniezyca jak trwala, tak nadal trwa...). Po uzyskaniu pozwolenia na start, co troche trwalo wystrzelilismy z sila odrzutowca w niebo. Wreszcie moglam cos zobaczyc przez okno, bo poprzednim razem to tylko ciemnosc i ciemnosc... Po wzleceniu ponad chmury sloneczko zaczelo przyjemnie grzac ;-) Jakies 20 min po starcie juz moglam podziwiac widoczki terenu (chmury znikly), ktore przez moje okienko ludzaco przypominaly zdjecia z Google Earth. Bylo pieknie, ale nie za dlugo, bo chmurzyska wrocily. Po 0,5 godziny snu obudzil mnie glos kapitana, ze w Porto jest 13 st.C i "pogoda jest zla", cokolwiek to moglo oznaczac. Po chwili krazenia nad lotniskiem zanurzylismy sie w ciemna i gesta chmure, a wylonilismy tuz nad dachami budynkow. Kapitan ostrzegal, ze beda turbulencje, ale tak trzepalo skrzydlem, ktore mialam przed oczami, ze troche zwatpilam... Po ladowaniu caly samolot bil brawo kapitanowi, bo rzczywiscie zrobil to prawie bezbolesnie, biorac pod uwage ulewe i wiatr, ktore rzucaly samolotem.
Po odebraniu mojej wielgachnej torby zaczelam szukac Ani, ktora gdzies tam na mnie czekala.
Ania wyjechala do Porto 3 lata temu pisac doktorat. Obecnie pracuje na uczelni (Univ. do Porto) w tym samym instytucie, gdzie i ja sie wybralam (FEUP). Ma meza portugalczyka i stara sie o obywatelstwo portugalskie. Pomogla mi mailowo przebrnac przez zawile papierzyska Erasmusa i nadal pomaga na miejscu. Miedzy innymi zalatwila mi lokum w mieszkaniu, ktore i ona wynajmuje i pokazuje, jak poruszac sie po tym miescie.
Po przyjechaniu z lotniska metrem, ktore spelnia tez funkcje tramwaju, ulokowalam swoj ciezki bagaz w pokoju, przepakowalam pare rzeczy, zostalam uraczona posilkiem zrobionym przez Anie i po szybkiej kapieli bylam juz w dalszej drodze, bo na uczelni juz i tak bym nikogo nie zastala.
Obecnie jestem w Leirii, rodzinnym miescie meza Ani, gdzie ona jezdzi co weekend (tu ma meza i dom oraz cale zoo). Zostalam niezwykle goscinnie przyjeta przez Lucka i jego ojca, gdzie zakosztowalam pysznego wina i jedzenia, ktorego nie bylam w stanie w siebie wpakowac (prawie sie obrazili, bo tu kto nie je, to znaczy, ze chory, albo chce ich obrazic). Ale jedzenie bylo przepyszne: na przystawke sery roznorakie, potem male pieczone ziemniaczki z dorszem grillowanym w oliwie i kapusta gotowana, na koniec obowiazkowo jakis owoc, zazwyczaj zerwany z drzewa, ktore rosnie w ogrodku.
Po tej goscinie udalismy sie do domu Ani i Lucka, gdzie zapoznana z licznym zwierzyncem, wybornymi smakolykami w postaci oryginalnego Porto i presunto (wedzona noga). Zmeczona dwudniowa podroza udalam sie do pieknego loza na zasluzony spoczynek, gdzie odespalam poprzednia noz w prawie 10-godzinnym snie.
Troche sie rozpisalam. Ogolnie rzecz biorac jestem tu zjawiskiem. Wysoka blondynka o niebieskich oczach nie zdarza sie tu praktycznie nigdy. Bariera jezykowa zostaje czesto przelamana przez Anie, ktora jest wielojezyczna (biegle mowi po polsku, angielsku i portugalsku). Musze zaznaczyc, ze Portugalczycy mowia praktycznie tylko po portugalsku, a na pewno Ci w wieku naszych ojcow i wujkow. Czesc z nich zna francuski, bo za mlodu jezdzili do Francji na wakacje, ale za to ja ni w zab nie znam tego jezyka.
Teraz juz sie zegnam. Ide pozwiedzac troche tego pieknego miasta i okolicznych plaz. Potem zamieszcze jakies fotki :-)
Nie wiem, od czego zaczac, bo juz sie troche dzialo.
No to startujemy w Polsce :-)
Moj wyjazd do Porto byl zalatwiany na wariackich papierach, ale wszystko sie udalo i w ramach programu Erasmus w czwartek wieczorem jechalam na lotnisko we Wroclawiu.
Przeboje z samolotami jak na pierwszy lot w zyciu byly dosc fascynujace, moze dlatego nie zasnelam, pomimo podrozy trwajacej ponad 14 godzin.
Pozegnawszy sie z rodzinka i po przejsciu przez odprawe zasiadlam w sali oczekiwan lotniska im. Mikolaja Kopernika. Samolot opozniony. Nie wiadomo, ile. Po 1,5 godziny wpuszczono nas do pieknej maszyny z olbrzymim napisem RYANAIR na boku. Zasiadlam blisko stewardow, coby chociaz posluchac kogos, bo samotnosc podrozy juz mi zaczela doskwierac. Dzieki temu dowiedzialam sie, dlaczego bylo takie opoznienie. Otoz w Berlinie zepsul sie silnik, a we Frankfurcie drzwi, ale nie naprawili do konca, bo stwierdzili, ze najpierw przyleca do WRO i dopiero jak wroca do FRA beda cos naprawiac. Milo sie dowiedziec, ze 1 raz zyciu leci sie samolotem, ktory jest niesprawny ;-) Cale szczescie nic sie nie stalo i po polnocy wyladowalam szczesliwie w sniezycy na lotnisku we Frankfurcie, gdzie czekalo mnie ponad 9-godzinne czekanie na nastepny lot. Samolot wyladowal na koncu plyty lotniska i trzeba bylo sie niezle przebrnac przez snieg, zeby znalezc samo lotnisko... Zeby nie bylo tak lawto, nie moglam we WRO odprawic sie od razu do Porto, wiec wedrowalam po uspionym lotnisku ze wszystkimi bagazami... Kolejny lot mial wystartowac o 9:40. Odprawiona, przetrzepana i obmacana czekam... Znow opoznienie. Tym razem nie wiadomo, czemu. Po 10 zaczeli nas wpuszczac do maszyny. Samolot praktycznie calkiem zabity ludzmi. Jedyne wolne miejsce bylo kolo mnie (czy ja tak groznie wygladam? Co najwyzej niewyspanie...). Zanim pasazerowie sie usadzili na miejscach i upchali swoje "podreczne" bagaze to ja juz zdazylam sie zdrzemnac, a sluzby lotniska 3 razy odlodzic skrzydla (sniezyca jak trwala, tak nadal trwa...). Po uzyskaniu pozwolenia na start, co troche trwalo wystrzelilismy z sila odrzutowca w niebo. Wreszcie moglam cos zobaczyc przez okno, bo poprzednim razem to tylko ciemnosc i ciemnosc... Po wzleceniu ponad chmury sloneczko zaczelo przyjemnie grzac ;-) Jakies 20 min po starcie juz moglam podziwiac widoczki terenu (chmury znikly), ktore przez moje okienko ludzaco przypominaly zdjecia z Google Earth. Bylo pieknie, ale nie za dlugo, bo chmurzyska wrocily. Po 0,5 godziny snu obudzil mnie glos kapitana, ze w Porto jest 13 st.C i "pogoda jest zla", cokolwiek to moglo oznaczac. Po chwili krazenia nad lotniskiem zanurzylismy sie w ciemna i gesta chmure, a wylonilismy tuz nad dachami budynkow. Kapitan ostrzegal, ze beda turbulencje, ale tak trzepalo skrzydlem, ktore mialam przed oczami, ze troche zwatpilam... Po ladowaniu caly samolot bil brawo kapitanowi, bo rzczywiscie zrobil to prawie bezbolesnie, biorac pod uwage ulewe i wiatr, ktore rzucaly samolotem.
Po odebraniu mojej wielgachnej torby zaczelam szukac Ani, ktora gdzies tam na mnie czekala.
Ania wyjechala do Porto 3 lata temu pisac doktorat. Obecnie pracuje na uczelni (Univ. do Porto) w tym samym instytucie, gdzie i ja sie wybralam (FEUP). Ma meza portugalczyka i stara sie o obywatelstwo portugalskie. Pomogla mi mailowo przebrnac przez zawile papierzyska Erasmusa i nadal pomaga na miejscu. Miedzy innymi zalatwila mi lokum w mieszkaniu, ktore i ona wynajmuje i pokazuje, jak poruszac sie po tym miescie.
Po przyjechaniu z lotniska metrem, ktore spelnia tez funkcje tramwaju, ulokowalam swoj ciezki bagaz w pokoju, przepakowalam pare rzeczy, zostalam uraczona posilkiem zrobionym przez Anie i po szybkiej kapieli bylam juz w dalszej drodze, bo na uczelni juz i tak bym nikogo nie zastala.
Obecnie jestem w Leirii, rodzinnym miescie meza Ani, gdzie ona jezdzi co weekend (tu ma meza i dom oraz cale zoo). Zostalam niezwykle goscinnie przyjeta przez Lucka i jego ojca, gdzie zakosztowalam pysznego wina i jedzenia, ktorego nie bylam w stanie w siebie wpakowac (prawie sie obrazili, bo tu kto nie je, to znaczy, ze chory, albo chce ich obrazic). Ale jedzenie bylo przepyszne: na przystawke sery roznorakie, potem male pieczone ziemniaczki z dorszem grillowanym w oliwie i kapusta gotowana, na koniec obowiazkowo jakis owoc, zazwyczaj zerwany z drzewa, ktore rosnie w ogrodku.
Po tej goscinie udalismy sie do domu Ani i Lucka, gdzie zapoznana z licznym zwierzyncem, wybornymi smakolykami w postaci oryginalnego Porto i presunto (wedzona noga). Zmeczona dwudniowa podroza udalam sie do pieknego loza na zasluzony spoczynek, gdzie odespalam poprzednia noz w prawie 10-godzinnym snie.
Troche sie rozpisalam. Ogolnie rzecz biorac jestem tu zjawiskiem. Wysoka blondynka o niebieskich oczach nie zdarza sie tu praktycznie nigdy. Bariera jezykowa zostaje czesto przelamana przez Anie, ktora jest wielojezyczna (biegle mowi po polsku, angielsku i portugalsku). Musze zaznaczyc, ze Portugalczycy mowia praktycznie tylko po portugalsku, a na pewno Ci w wieku naszych ojcow i wujkow. Czesc z nich zna francuski, bo za mlodu jezdzili do Francji na wakacje, ale za to ja ni w zab nie znam tego jezyka.
Teraz juz sie zegnam. Ide pozwiedzac troche tego pieknego miasta i okolicznych plaz. Potem zamieszcze jakies fotki :-)
Subskrybuj:
Posty (Atom)